Przeskocz do treści

5

Dzisiaj upływa kolejna rocznica wybuchu II Wojny Światowej, dlatego poniższy wpis poświęcam temu jak własny dom wpływa na szanse przetrwania w czasie wojny. Na początek krótki rys historyczny.

II Wojna Światowa rozpoczęła się 1 września 1939 r, zdradzieckim atakiem III Rzeszy na II Rzeczpospolitą. Przynajmniej w naszej historiografii. Inne narody uznają inne daty, związane z przystąpieniem ich krajów do wojny. Rozrzut sięga kilku lat. Dla przykładu, druga wojna japońsko-chińska wybuchła 7 lipca 1937 r. Zlała się ona z II WŚ w grudniu 1941r. Wraz z japońskim atakiem na Pearl Harbor.

Niemcy pod wodzą Hitlera dążyły do wojny z kilku powodów. Prawdopodobnie podstawowym było to, że Hitler aby zyskać popularność zaczął wprowadzać socjalizm w Niemczech oraz przeprowadził częściową mobilizację państwa. Co dało krótkotrwałe korzyści gospodarcze, ale w planie długofalowym oznaczało katastrofę gospodarczą, z której jedynym wyjściem była dla Niemiec „krótka, zwycięska wojenka”. Kolejnym były rewizjonistyczne nastroje społeczeństwa niemieckiego, które czuło się skrzywdzone Traktatem Wersalskim i chciało „odzyskać” tereny, które uważało za swoje – czyli Alzację i Lotaryngię od Francji, oraz Pomorze Gdańskie i Górny Śląsk od Polski. Trzecim było przekonanie Hitlera, że uda mu się drogą „dyplomacji kanonierek” wymusić na Polsce ustępstwa terytorialne i polityczne. Miał ku temu podstawy, bo mocarstwa zachodnie potulnie pozwoliły Hitlerowi na takie zdobycze w postaci zajęcia Austrii, Czech, części Litwy itp.

Niemcy zaatakowały Polskę w wyniku powstania wyjątkowo niekorzystnej dla Polski sytuacji geopolitycznej. O czym się teraz niechętnie wspomina, aż do kwietnia 1939 r. Polska i Niemcy uchodziły za kraje sojusznicze, wspólnie występujące przeciwko Czechom i ZSRS. W wyniku działań dyplomacji angielskiej i francuskiej Polska została przeciągnięta do obozu zachodniego, wrogiego Niemcom.

Interesem Polski było utrzymać jak najdłużej neutralność i przyłączyć się do wojny dopiero po wyczerpaniu jednej ze stron konfliktu. Interesem Wielkiej Brytanii i Francji było skierowanie niemieckiego uderzenia na wschód, tak by te kraje miały czas na mobilizację. Dodatkowo interesem Stalina było wywołanie dużej wojny w Europie i uzyskanie bezpośredniej granicy z Niemcami.

Choć długotrwały sojusz z Niemcami był dla Polski bardzo niekorzystny, gwałtowne przejście na stanowiska wrogie Niemcom było dla Polski dyplomatycznym samobójstwem. Z czego zdawali sobie sprawę chyba wszyscy politycy na świecie, poza rządzącą Polską Sanacją. Która to zamiast dbać o interesy polskie skutecznie dbała o interesy Wielkiej Brytanii, Francji i Związku Radzieckiego. Czy to było wynikiem zwykłej niekompetencji i buty, czy zwykłej zdrady pewnie nigdy się już nie dowiemy. Są poszlaki, że do tego doszło, ponieważ Beck i Śmigły obrazili się na Hitlera iż ten nie przekazał Polsce obiecanej wcześniej Słowacji, takie to urojenia mocarstwowe mieli ówcześnie rządzący.

Kolejny niekorzystnym dla Polski czynnikiem geopolitycznym były działania Związku Radzieckiego pod wodzą Stalina. Żywotnym interesem ZSRS był „eksport” ideologii socjalistycznej na cały świat. W pierwszej kolejności na Europę i Azję. Najlepiej drogą militarną co nawet mieli wpisane do konstytucji! Aby zrealizować ten cel ZSRS dokonała pełnej militaryzacji gospodarki już w połowie lat 30tych. Niemcy dokonali pełnej militaryzacji gospodarki dopiero po 1941 r. a USA nigdy. Tak dla porównania.

Dla podboju Europy (i Azji) Stalin potrzebował wybuchu wyniszczającej wojny w Europie, która wyczerpie kraje zachodnie zanim na nie uderzy. Oraz potrzebował bezpośredniej granicy z Niemcami, tak by móc dokonać niespodziewanego i podstępnego ataku na Niemcy. Zawarł więc sojusz z Hitlerem, którego elementem było rozbiór Polski (dokonany 17 września), oraz dostarczanie surowców strategicznych III Rzeszy. Nie przewidział, że Niemcy tak szybko i łatwo pokonają Francję, oraz tego, że Hitler odważy się niespodziewanie i podstępnie napaść na Związek Radziecki... Ale to temat inny wpis i inny blog.

Efektem tej wojny była całkowita i kompletna klęska Polski. Straciliśmy 50% przedwojennego terytorium z kluczowymi dla naszej kultury i gospodarki ośrodkami jak Lwów i Wilno. Nasze granice zostały brutalnie przesunięte na zachód (co, czystym przypadkiem, jest dla nas geopolitycznie korzystne). Straciliśmy 1/3 ludności, ponieśliśmy niepowetowane straty w infrastrukturze i kulturze. I na pół wieku zostaliśmy zamienieni w sowieckiego wasala. Prawdopodobnie gdyby nie wojna, Polska była by dziś na poziomie rozwoju zbliżonym do Włoch i liczyła by około 60 mln mieszkańców.

Dobra, ale co ma wspólnego wojna z nieruchomościami? Przede wszystkim jest dla właścicieli nieruchomości bardzo złą informacją. Pomijając już ryzyko osobiste, w zasadzie redukuje wartość nieruchomości w pobliże zera. Jeżeli w wyniku wojny nieruchomość nie zostanie zniszczona lub zagrabiona, to może odzyskać część wartości. Ale tylko część – po wojnie nawet te nieruchomości które przetrwają tracą na wartości. Dlatego uważam, ze w obecnej sytuacji geopolitycznej Polski, ma sens jedynie kupowanie nieruchomości na maksymalnie wysoki kredyt o maksymalnie długim okresie spłaty. W razie wybuchu wojny majątek straci bank, nie właściciel nieruchomości.

Jak uczy II WŚ, ale i obecne konflikty na Bliskim Wschodzie, najwięcej tracą na wartości nieruchomości znajdujące się w dużych miastach. Wróg stara się zdobyć właśnie duże ośrodki miejskie, tam zwykle dochodzi do największych zniszczeń, bo trwają najcięższe walki. Okupant ma też zwyczaj blokad dużych miast, co powoduje że w miastach zaczyna panować głód. Jeśli chodzi o lokalizację w samych miastach to największe ryzyko wiąże się z nieruchomościami leżącymi blisko ważnych strategicznie obiektów – dworców, lotnisk, dużych zakładów przemysłowych.

Domki znajdujące się na przedmieściach stosunkowo rzadko ulegają zniszczeniu, natomiast mieszkanie w nich wiąże się z bardzo wysokim ryzykiem osobistym. W razie oblężenia, to na przedmieścia w pierwszej kolejności docierają bandy maruderów i innych grabieżców. Nikt nie dba o dostarczenie usług komunalnych na przedmieścia, a transport indywidualny też przestaje działać – czy to w wyniku braku paliw, czy tez utraty pojazdów. Przydomowe ogródki są też za małe, aby się z nich wyżywić.

Samotnie stojące domy, czy małe wsie, wprawdzie rzadko padają ofiarą samych działań wojennych i zazwyczaj są samowystarczalne żywnościowo. Ale są bardzo podatne na ataki wszelkiej maści grabieżców. Samodzielnie czy w kilka osób nie ma szans obronić się przed atakiem zdeterminowanej i uzbrojonej grupy bandytów. Niezależnie od tego, czy ci bandyci będą nosić mundur czy nie. Ponieważ upada transport i logistyka, dostęp do wszelkich innych niż żywność potrzebnych do życia środków jest bardzo trudny. Zaczynając od opieki medycznej, na butach kończąc.

Najlepiej pod tym względem wypadają małe miasteczka i duże wsie. Nie mają zwykle problemu z żywnością, a wręcz korzystają na szmuglu żywności do miast i ludzi z miast. Są też na tyle duże, aby zapewnić podstawowe usługi komunalne (np. ośrodek zdrowia, warsztaty naprawcze itp.) i odstraszyć większość grup grabieżców. Okupant nie ma też zwykle powodu, aby niszczyć takie ośrodki.

Głównymi ryzykami dla mieszkańców takich miejscowości jest znalezienie się bezpośrednio na linii frontu oraz czystki etniczne. Przed pierwszym można się stosunkowo łatwo uchronić unikając miejsc, gdzie w przeszłości miały miejsce duże bitwy. Technologie wojenne się zmieniają, ale jak długo wojny będą toczone na Ziemi, tak długo mniej więcej tymi samymi trasami będą się poruszać armie i te same rejony będą kluczowe dla walczących stron.

Przed czystkami etnicznymi można się uchronić dzięki zorganizowaniu samoobrony sąsiedzkiej i uzbrojeniu się we własnym zakresie. W czasie rzezi wołyńskiej najłatwiej było przetrwać tym Polakom, którzy zdążyli zorganizować milicje broniące ich miejscowości przez bandami Ukraińców. Dziś na Bliskim Wschodzie mniejszości religijne i etniczne potrafią się obronić tylko jeśli zdołają zorganizować i uzbroić własna milicję.

Za organizacje milicji trzeba się zabrać już w okresie pokoju. Najlepiej na długo przed ryzykiem wybuchu wojny. Oczywiście, nie należy tworzyć milicji, gdyż ani nie ma takiej potrzeby, co więcej istnieje ryzyko, że państwo uzna taką milicję za zorganizowaną grupę przestępczą o charakterze zbrojnym. Pamiętajmy, że państwo nie lubi konkurencji. Trzeba angażować się życie lokalnej społeczności, a bardzo często – samemu to życie zorganizować. Poznać się z sąsiadami, ustalić jakieś zręby współpracy, także rozpoznać potencjalnych szmalcowników i donosicieli. Trzeba się też uzbroić. Czy to zapisując się do klubu strzeleckiego czy zostając myśliwym. Aby zostać myśliwym wcale nie ma konieczności polowania na zwierzęta, to tylko opcja, choć warta przećwiczenia choćby po to by nabyć umiejętność polowania na wszelki wypadek.

Sam dom też może być przygotowany na wypadek wojny, czy innej katastrofy, lub nie. Po pierwsze dom musi mieć część mogącą pełnić funkcję schronu. Inaczej mówiąc musi mieć solidną piwnicę, w której można się ukryć przed huraganem, ostrzałem itp. Najlepiej, aby taka piwnica miała alternatywne wyjście (np. okno, przez które można się przecisnąć), na wypadek zawalenia budynku. Oraz własne sanitariaty i miejsce, w którym można przygotować posiłki. Kuchenka turystyczna z butlą gazu jest tu dobrym pomysłem.

Potrzebne są nam zapasy, które pozwolą przetrwać rodzinie przez kilka miesięcy. Przede wszystkim lekarstw i środków czystości, dopiero następnie żywności. Żywność w razie katastrofy, zwłaszcza na prowincji, łatwiej będzie zdobyć żywność niż lekarstwa czy podpaski. Konieczne jest własne źródło wody. Najlepiej własna studnia, ale alternatywnie wystarczy zbiornik na deszczówkę lub pobliski strumień. W czasie wojny nie ma gwarancji, że będą działać wodociągi. Mile widziana jest przydomowa oczyszczalnia ścieków, ale kanalizacja lub szambo są bardziej odporne na awarie niż wodociągi. W ostateczności można też na działce postawić sławojkę.

Dobrze jest mieć możliwość samodzielnej uprawy żywności. Czyli na tyle duży ogród i sad, by można w nim było uprawiać warzywa i owoce. Warto mieć na co dzień mały ogródek warzywny, ale z możliwością szybkiego przerobienia ogrodu/trawnika na tereny „uprawne”. Ten codzienny ogródek warzywny jest nam potrzebny po to, aby nabyć pewnej wprawy w ogrodnictwie i posiadać w domu nasiona i narzędzia ogrodnicze. W razie wojny/katastrofy będzie za późno, aby uczyć się ogrodnictwa i szukać nasion.

Pamiętajmy, że w czasie wojny szereg zawodów traci na wartości. Zwłaszcza tych z zakresu usług. Agencji ubezpieczeniowi, większość urzędników, prawników, specjalistów od marketingu itp. straci źródło utrzymania. Bardzo poszukiwani będą ludzie, którzy potrafią coś lokalnie wytworzyć czy naprawić. Warto mieć jakiś warsztat, możliwie urządzony, oraz odpowiednie umiejętności. Coś, co jest naszym hobby w czasie pokoju, np. zabawa w stolarza, w czasie katastrofy może być źródłem naszego utrzymania.

Co z tego wynika? Ze na trudne czasy dobrym rozwiązaniem jest tradycyjny dom, z podpiwniczeniem, dużym ogrodem, studnią, wyposażony w warsztat i miejsce do przechowywania i przetwarzania żywności i innych zapasów. Kiepskim jest niepodpiwniczony dom na małej działce, pozbawiony własnego źródła wody i utrzymania (warsztatu). Szafka na narzędzia do wymiany świec w samochodzie to nie warsztat.

Wszystkie powyższe uwagi co do wojny odnoszą się też do dużych katastrof naturalnych. Coś jak huragany w USA i na Karaibach, czy nawet ostatnie nawałnice na Pomorzu. Owszem, przy sprawnie działającym państwie usuwanie skutków katastrof trwa znacznie krócej niż wojna, znika potrzeba uprawy własnej żywności, ale cała reszta ma znaczenie.

2

Remigiusz opublikował wpis, ze zdjęciem częściowo spalonej elewacji pokrytej styropianem, na swoim blogu o oszczędzaniu . Jeden z komentatorów zarzucił autorowi rozpowszechnianie fałszywych obaw, bo styropian jest materiałem samogasnącym. Ten komentarz tak „podniósł mi ciśnienie”, że się rozpisałem w odpowiedzi. Ponieważ moja odpowiedź urosła do rozmiarów notatki i pasuje do tematyki bloga, zamieszczam go tutaj a nie w komentarzu do komentarza.

Styropian samogasnący, jak sama nazwa wskazuje, jest materiałem który ma szansę samodzielnie się wygasić. Co oznacza, że w sprzyjających warunkach sam zgaśnie. Lepszej klasy styropian ma klasyfikację ogniową E. Styropian zwykły ma kategorię F. Nie każdy styropian na ścianach, zwłaszcza dawno temu docieplonych, jest samogasnący.

Materiał samogasnący gaśnie tylko wtedy, kiedy nie ma innego źródła ognia. Płonący styropian kawałek dalej jak najbardziej takim źródłem ognia może być. Albo rosnące obok krzaki, drzewo lub drewniana szopa. W zasadzie cokolwiek w pobliżu, co się pali, podtrzymuje pożar materiału samogasnącego.

Kolejnym wrogiem materiałów samogasnących jest wiatr, który pomaga w rozprzestrzenianiu się ognia. Sam ogień, jeśli wystarczająco duży, powoduje wiatr w wyniku konwekcji. Co jest powodem, dla którego materiałów o klasie E i D nie powinno się używać do izolacji ścian trójwarstwowych, choć teoretycznie normy na to pozwalają. Tak dla zobrazowania – przerwa między murami w ścianie trójwarstwowej, w której to znajduje się materiał izolacyjny i szczelina powietrzna, w razie pożaru działa jak komin. Co gorsza bardzo trudno taki pożar zgasić, bo cegła elewacyjna utrudnia dostęp do płonącego materiału izolacyjnego.

Tak dla porównania drewno ma kategorię D. Czyli trudniej jest je rozpalić i łatwiej zgaśnie niż styropian.

O klasyfikacji ogniowej materiałów więcej można przeczytać m.in. pod tym linkiem: http://www.muratorplus.pl/technika/izolacje/klasyfikacja-ogniowa-reakcja-materialow-budowlanych-na-ogien_83870.html

Pomijam już kwestię dymu wydzielanego przez różne materiały izolacyjne. W przypadku pożaru częściej zabija dym niż ogień.

Co do zasady w budownictwie materiały o palności C do E powinno się łączyć z materiałem klasy A, a materiału klasy F nie powinno się stosować wcale. Z zupełnie nie zrozumiałych dla mnie powodów przepisy dopuszczają łączenie takich materiałów jak styropian, lub pianka pur i drewno, czy gonty bitumiczne i drewno. Owszem, prawo na to pozwala dzięki koncepcji łączenia różnych materiałów dających razem wyższą odporność ogniową przegrody. Co w praktyce oznacza zastosowanie płyt kartonowo-gipsowych. Tylko, że tam jest taki mały dopisek – wykończenie ściany z płyt k-g musi być szczelne. Czyli bez puszek na elektrykę, ledów itp.

Wtedy taka przegroda ma odporność liczoną w minutach. 30 minut, czasem 60 minut. Teoretycznie masz czas uciec w razie pożaru.

Spotkałem się z tzw. budowlańcami sugerującymi docieplenie domu o konstrukcji drewnianej styropianem, poddaszy styropianem czy pianką pur. To ostatnio modne ale bardzo głupie rozwiązanie. Osobiście bałbym się zastosować na dachu ze stałym poszyciem (czyli pełne deskowanie, zaimpregnowane przed ogniem) ocieplenia nakrokwiowego z płyt PIR. Choć w porównaniu z poddaszem ocieplonym pianką pur taki dach jest niemal niepalny.

Tak na koniec w małej kontrze do wpisu Remigiusza – zastosowanie styropianu na elewacji budynku murowanego jest bezpieczne. W zasadzie każdy materiał murowany ma odporność ogniową o klasie A1 240. Czyli wytrzymuje przez 4 godziny dowolny pożar. Jest czas ugasić płomienie, a nawet jest szansa, że dadzą radę same zgasnąć. Oczywiście warunkiem jest brak składu materiałów łatwopalnych przy ścianie domu (czyli drewnianej szopy, składu drewna opałowego lub suchych krzaków).

Tak przy okazji odporność na ogień jest powodem, dla którego zrezygnowałem w swoim projekcie z poddasza użytkowego oraz zastosowania gontu bitumicznego. Jeśli nie chcesz ryzykować mieszkając na poddaszu ocieplasz ją wełną mineralną. Wyłącznie. Ocieplenie poddasza wełną tak, aby po kilku-kilkunastu latach nie osiadła i nie zawilgotniała wymaga dobrych materiałów i jeszcze lepszych specjalistów. Jest to po prostu drogie.

A co do gontów bitumicznych to przekonał mnie strażak. Jak stwierdził jeśli widzą płonący dach z gontem bitumicznym to sprawdzają, czy środku nikt nie został i polewają okoliczne domy. Gaszenie samego pożaru i tak nie ma sensu...

1

Typową pułapką przy rozważaniu budowy domu jest położenie nacisku na jakość materiałów z których ma powstać, zamiast jakości wykonania. Dokładnie to samo dotyczy kupna już istniejącego domu lub mieszkania - brak błędów wykonawczych ma większe znaczenie niż materiał.

30 cm wełny mineralnej, nawet o najniższej λ, która zawilgotniała, będzie miała gorsze parametry termoizolacyjne niż 5 cm suchego styropianu. Podobnie, 30 cm ocieplenia wykonanego ze styropianu grafitowego, ale z pozostawionymi szparami między płytami, da gorszy efekt niż 5 cm zwykłej wełny, ale położonej szczelnie.

12 cm ściana działowa z silikatów, wymurowana z niedokładnie położonym klejem i źle umocowana w ścianach nośnych będzie miała gorsza izolacyjność akustyczną niż 8 cm ścianka z gazobetonu, ale poprawnie wymurowana. Najlepsza membrana paroizolacyjna na niewiele się przyda, jeśli wykonawcy ją podziurawią. Lista możliwych błędów wykonawczych jest długa.

Do tego dochodzi problem łączenia ze sobą nieodpowiednich technologii. Beton komórkowy jest świetnym materiałem budowlanym, ale nie nadaje się do budowy piwnic. Niezależnie od tego co twierdzą marketingowcy producentów gazobetonu. Styropian jest dobrym i tanim materiałem termoizolacyjnym. Na podłoża mineralne. Czymś na krawędzi zbrodni i debilizmu jest używanie styropianu jako ocieplenia konstrukcji drewnianych, niezależnie od tego czy mówimy o ścianie wykonanej z bali drewnianych, czy o poddaszu użytkowym.

Klasycznym błędem jest zbyt szybkie budowanie. Budynek w stanie surowym powinien sobie przez kilka miesięcy spokojnie stać, tak by miał czas osiąść i pozbyć się wilgoci technologicznej. O ile problem osiadania można zmniejszyć przez zastosowanie płyty fundamentowej, to w zasadzie nie da się przyśpieszyć osuszania murów i stropów. Nawet jeśli stawiamy mur z ceramiki klejonej na piankę, to i tak zalewamy betonem wieńce, fundamenty, robimy wylewki itp. To wszystko jest wilgotne i kilka miesięcy musi schnąć. Jak położymy na to od razu termoizolacje, elewacje i wykończymy od środka, to ta wilgoć zostanie w konstrukcji budynku.

Dlatego przy budowie domu wybieram technologie, przy których trudno popełnić błędy technologiczne, a jeśli już miały miejsce - łatwo je usunąć. Preferuję też technologie popularne - nie chciałbym by to na naszym domu ekipa uczyła się nowej dla nich technologii. Niczym kat nad potępioną duszą mam zamiar pilnować osobiście tych kliku kluczowych momentów w budowie domu, w których te błędy łatwo popełnić. Kierownik budowy nie przebywa na niej cały czas, nie mówiąc już o tym, że niekoniecznie trafi się nam prawdziwy fachowiec.

9

Kumpel mnie ostatnio zapytał czemu nie chcę domu o konstrukcji szkieletowej. O tym czym jest dom o konstrukcji opartej o lekki szkielet drewniany lub metalowy, pisać nie będę i odsyłam do Wikipedii.

W wielu krajach "zachodnich" system budowy takich domów jest popularny z powodu ich trzech podstawowych zalet: buduje się bardzo szybko, dom łatwo jest przebudować, taka konstrukcja jest znacząco tańsza niż dom murowany. Zwłaszcza to ostatnie kryterium jest decydujące, gdyż dzięki odpowiedniemu projektowi i materiałom też można wybudować szybko dom murowany, łatwy w przebudowie.

Z niezbyt zrozumiałych dla mnie powodów domy o konstrukcji szkieletowej oferowane przez polskich wykonawców nie tylko nie są znacząco tańsze od domów murowanych, ale często są wręcz droższe. Być może przyczyną są różnice w kosztach robocizny, której jest znacznie więcej przy domu murowanym, może jest to spowodowane niewystarczającą konkurencją, nie wiem. Istotne jest tylko to, że w Polsce podstawowa zaleta domów szkieletowych jest nieobecna.

Oczywiście jeśli ktoś sobie sam postawi dom szkieletowy, zbijając konstrukcję samemu z bali, nawet sprowadzonych ze Szwecji, to będzie on konkurencyjny cenowo w stosunku do domu murowanego, stawianego siłami własnymi. Dom murowany łatwo jest postawić systemem gospodarczym, czyli zatrudniając kolejnych podwykonawców. Szkieletowy należy zamówić w fabryce, złożyć go powinna wyspecjalizowana, często fabryczna, ekipa. Błędy wykonawcze w domu szkieletowym będą bolały bardziej niż w domu murowanym.

Domy szkieletowe mają, przynajmniej z mojego punktu widzenia kilka dość poważnych wad.

  • Mają mniejszą, żeby nie powiedzieć - żadną, zdolność akumulacji ciepła. Jest to zaletą w domach użytkowanych sporadycznie, ale w domu całorocznym to wada.
  • Mniejsza trwałość konstrukcji. Konstrukcja takiego domu w zasadzie wymaga generalnego remontu po 50 latach. Owszem, zadbany dom szkieletowy będzie stał dłużej niż niezadbany murowany, ale przy normalnym użytkowaniu dom murowany ma tu zdecydowaną przewagę.
  • Mniejsza solidność konstrukcji rodzi też inne negatywne konsekwencje. Stropy mają mniejszą nośność, błędy przy remontach (np. podcięcie konstrukcji przez niedouczonego "elektryka") mogą spowodować katastrofę, mniejsza odporność na pożar czy katastrofy naturalne.
  • Taki dom skrzypi. Są ludzie którzy to lubią, lub im to nie przeszkadza. Mnie to drażni bardzo.

Dość trudno jest kupić w Polsce dom szkieletowy z drugiej ręki, a w okolicy która nas interesuje nie widziałem żadnej oferty. Ale jeśli już się oferty pojawiają, to ceny używanych domów szkieletowych są od 20 do 40% niższe niż podobnych murowanych. Gdyby w naszym kraju koszt budowy (stan surowy) domu szkieletowego był o te 40% mniejszy niż domu murowanego, prawdopodobnie wzrosła by ich popularność i sam zastanawiał bym się nad tą technologią.

Przy obecnych cenach tej technologii rozważam ją tyko przy w pełni samodzielnej budowie altanki ogrodowej. Takie połączenie pracy fizycznej na świeżym powietrzu z majsterkowaniem. Altankę czy dom letniskowy pewnie bym stawiał też przy wykorzystaniu kostki słomianej lub drewna opałowego

Przejrzawszy setki jeśli nie tysiące projektów gotowych widać dominujący trend. Jest to dom niepodpiwniczony z poddaszem użytkowym o powierzchni około 120-140 m2 z garażem w bryle domu. Nieco rzadziej występują projekty domów piętrowych o płaskim dachu lub parterowych z poddaszem nieużytkowym. Wszystko niepodpiwniczone, z garażem, w metrażu do 140 m2 powierzchni użytkowej. W zasadzie wymarł stary standard domu, który miał piwnicę, parter, piętro i strych. Po części jest to wymuszone planami zagospodarowania przestrzennego, które często wymuszają rozwiązanie z poddaszem użytkowym. Drugim czynnikiem jest moda a trzecim zmiana przeznaczenia domu.

Kiedyś dom był ośrodkiem życia całej rodziny, często wielopokoleniowej. Miejscem w którym się żyje, pracuje, prowadzi gospodarstwo. Teraz dom to miejsce w którym się wyłącznie śpi, ewentualnie zaprasza znajomych na weekendowe przyjęcia. Czyli ma mieć dużą sypialnie gospodarzy (15-20 m2), jedną do trzech mniejszych sypialni dla dzieci (po 12-15 m2), duży salon, koniecznie z kominkiem (20-40 m2), przylegającą lub półotwartą kuchnię (8 m2), dwie łazienki (razem z 12 m2), do tego dochodzą korytarze i schody (16 do 20 m2), pomieszczenie gospodarcze, często połączone z pralnią lub kotłownią (8 do 12 m2), wiatrołap (do 4m 2) i garaż (koło 20m2). W wersji luksusowej pojawia się jeszcze gabinet/pokój gościnny (8 do 12 m2), garderoba (4 m2) i pralnia odrębna od pomieszczenia gospodarczego (6 do 8m2). Czyli mamy właśnie od 120 m2 w wersji ekonomicznej do 200 m2 w wersji „luksusowej”.

Jak widać z projektów domów całkowicie zniknęły pomieszczenia służące do przechowywania (piwnica/strych), czy miejsca do pracy, warsztaty (piwnica). Brakuje nawet pomieszczeń do obsługi ogrodu, który to zwykle jest malutki, służy jako miejsce zabawy najmłodszych domowników i grillowania przez starszych. Kosiarka, sekator i grill zmieszczą się w garażu. No dobra, czasami w większych garażach przeznaczony jest mały kącik na „warsztat” pana domu, tak by miał miejsce na kilka kluczy służących do podstawowych prac przy domu czy samochodzie. A „zimne spiżarnie” wymarły jak ptaki dodo.

Wielu, jeśli nie większość posiadaczy takich domów szybko styka się z problemem braku miejsca do przechowywania rzeczy. Stosunkowo mały problem, jeśli od razu zaplanowano jakieś miejsce na spiżarnię (czyli dużą szafę w kuchni), garderobę i wykrojono schowki pod skosami lub schodami. W razie braku takich salon zamiast przestrzeni zawiera szafy, samochód parkuje na podjeździe do garażu a w ogródku pojawia się altana w której składuje się wszelkie możliwe graty. Szansa na warsztat lub pracownię pojawia się tylko, jak dzieci się wyprowadzą lub urodziło się ich mniej, niż pierwotnie planowano.

Nie ma strychów, bo jakoby poddasze użytkowe jest rozwiązaniem tańszym, niż piętro z poddaszem nieużytkowym. Cegły, owszem, potrzeba mniej. Tylko przy budowie domu cegła jest najtańsza. Kosztują okna (połaciowe są dużo droższe od zwykłych), wykończenie (trudniejsze przy skosach), wyposażenie (trudniej i drożej dobrać do skosów) i ocieplenie (droższe w poddaszu użytkowym). Jeśli się chce mieć to poddasze ciche i bezproblemowe, to potrzeba zainwestować w dach ze stałym poszyciem. Dużo droższy od membrany...

Nie ma piwnic, bo podnoszą cenę domu. To prawda, dom o powierzchni 120 m2 przeznaczonych do mieszkania + 80 m2 piwnicy jest droższy od takiego o powierzchni całkowitej 120 m2. Tylko że dom bez piwnicy o powierzchni 200 m2 prawie zawsze jest dużo droższy niż ten o 120 + 80 m2. Tylko w przypadku terenów podmokłych, o wysokim poziomie wody gruntowej, piwnica wychodzi drogo. Normalnie piwnica, w przeliczeniu na metr kwadratowy, jest najtańszą powierzchnią w domu.

Mało komu z „oszczędnych” przeszkadza stawianie garażu w cenie salonu. Jeżeli garaż jest w bryle budynku, to znaczy że jest wybudowany dokładnie w tym samym standardzie co reszta domu. Owszem, wykończenie jest tańsze dla garażu, tylko że postawienie osobnej wiaty jest dużo tańsze. Tańsze o tyle, że w wielu wypadkach koszt 20 m2 garażu w bryle budynku jest równy kosztowi 60-70 m2 piwnicy + wiaty garażowej. No ale wiata grozi tym, że idąc od wiaty do domu się zmoknie...

Nie chcemy budynku służącego tylko do spania, tylko domu w którym się żyje. Śpi, bawi, kocha, pracuje i uczy. Z przestrzenią, z miejscem do rozwijania swoich zainteresowań. Nie chcemy malutkiego trawnika przeznaczonego wyłącznie na grill party, ale ogrodu, sadu i ogródka warzywnego. I nie ma w nas takiego uwielbienia do samochodu, aby zapraszać go do salonu czy sypialni. Chcemy domu dla nas.

6

Postanowiłem zacząć pisać bloga, gdyż chcę zbudować dom. Poniższy blog ma mi pomóc w zebraniu wiedzy i pomysłów potrzebnych do tego celu. Oczywiście mógłbym kolekcjonować potrzebną wiedzę w swojej głowie, notatkach na komputerze, książkach i czasopismach na półkach itp. Co już od dłuższego czasu czynię. Ponieważ uporządkowanie znalezionych rozwiązań przybrało formę notatek, bardzo podobnych do wpisów blogowych, postanowiłem się nimi podzielić. Dla mnie żaden koszt, a da mi szansę poznania opinii innych osób na ten temat.

Dom buduję dla swojej rodziny, a więc chcę postawić taki dom, który spełnia nasze wymagania. Nie stawiam domu na pokaz, dla sąsiada, ministra czy w wyniku presji środowiskowej. Jego zadaniem jest podniesienie komfortu i bezpieczeństwa życia mojej rodziny. A te potrzeby ostro odstają od przeciętnych, o czym przekonaliśmy się, przeglądając katalogi z projektami domów typowych. Po zapoznaniu się z kilkoma tysiącami projektów gotowych nie udało nam się znaleźć ani jednego projektu, który choćby w połowie odpowiadał naszym potrzebom.

Bieszczady mają kilka przewag nad Krakowem, ale i wad. Dla nas najważniejszym było życie bez smogu i bez hałasu. Ciężko znaleźć jakieś miejsce bez smogu które jest bliżej Krakowa niż Bieszczady... Choć nawet tutaj znalezienie miejsca bez smogu i hałasu nie jest łatwe, o ile nie planuje się żyć w głębi lasu. Z Bieszczad jest blisko do słowackich i węgierskich ciepłych źródeł, do Hajdúszoboszló można wyjechać rano, by wrócić wieczorem. Uwielbiam Tokay, będziemy mieli blisko na Ukrainę, choćby na tanie zakupy. Ogródek, a w zasadzie ogród, sad i wędzarnia jest w ramach działki budowlanej.

Z drugiej strony nasze życie zawodowe i towarzyskie skoncentrowane jest w Krakowie. W dużym mieście jest łatwy dostęp do pracy, rozrywki i kultury. Na szczęście mam taką pracę, którą w dużym stopniu jestem w stanie wykonywać zdalnie, pracuję głównie w domu, w Krakowie muszę się pokazać tylko na parę dni w miesiącu. Moja Pani ma trochę trudniej, ale mamy kilka lat by to zmienić. Od dawna do pubu, restauracji czy kina wychodzimy nie częściej niż raz w miesiącu, na wystawy chodzimy niewiele częściej – spokojnie możemy połączyć comiesięczny, kilkudniowy wyjazd do Krakowa w związku z pracą, z aktywnością kulturowo-towarzyską. Zresztą spodziewamy się częstych odwiedzin rodziny i przyjaciół w Bieszczadach, co potwierdzają doświadczenia żony. Większość rodziny Mojej Pani mieszka w tych okolicach, wujostwo ma dom dosłownie po drugiej stronie płotu. Trudniej będę miał w związku z koniecznymi wyjazdami do Warszawy, Gdańska czy Wrocławia, ale te mam kilka razy w roku i jakoś to zniosę.

W najbliższych wpisach dokładnie opiszę nasze oczekiwania co do przyszłego domu, bo to one determinują jaki będzie. Zaraz po kosztach... Komentujących proszę o uszanowanie tego, wszelkie komentarze z gatunku „Po co Ci piwnica, to głupie”, będę bezlitośnie wycinał, bez poniżania się do polemiki. Bardzo mile widziane są za to komentarze merytoryczne, w stylu: „Koszt piwnicy, którą planujesz to 90 000 zł, a koszt postawienia budynku gospodarczego o podobnej funkcjonalności to 40 000zł, na dowód załączam przykładowe wyliczenia”. Czy komentarz: „Sam zrobiłem podobną piwnicę i po 3 latach pojawił mi się problem z grzybem”. O mojej polityce moderowania komentarzy więcej w tym wpisie.

Potrzebujemy sami stworzyć taki projekt, który zaniesiemy do architekta i budowlańców, aby go sprawdzili i ewentualnie zmodyfikowali. Teoretycznie moglibyśmy się zdać na wiedzę architekta, któremu opiszemy nasze potrzeby a on stworzy idealny projekt. Mamy wielu znajomych architektów i instalatorów. Fachowców, a nie jedynie posiadaczy stosownego papierka. Rozmawialiśmy i doskonale wiemy, że każdy z nich ma swoje przyzwyczajenia. Swoje ulubione rozwiązania, które niekoniecznie pasują do naszych potrzeb.

Żona i ja mamy całkiem spore doświadczenie i wiedzę związaną z nieruchomościami, budownictwem, wyposażeniem wnętrz, czy instalacjami. Wprawdzie żadne z nas nie jest formalnie budowlańcem czy instalatorem (no dobra, Pani Moja jest architektem krajobrazu), ale pracowaliśmy „w nieruchomościach”, mamy za sobą szereg remontów, budów, projektów, wykonywanych czy to dla siebie czy innych. Stawiałem mury, kładłem instalacje, malowałem, burzyłem, nosiłem worki z gruzem i cementem. Żona sadziła drzewa, zarządzała ekipami wykonującymi modernizację budynków, ogrodów, mieszkań, sama przeprowadzała renowacje mebli itp. Jak na amatorów, mamy dużą wiedzę praktyczną i teoretyczną.

W następnych notkach opiszę skąd czerpię wiedzę i jak oceniam jej przydatność. Przy każdym wpisie dotyczącym konkretnego rozwiązania przeprowadzę porównanie kilku alternatywnych rozwiązań. W możliwie największym stopniu posługując się twardymi faktami, liczbami i własnym doświadczeniem. Choć nie wzgardzę wiarygodnymi opiniami innych ludzi. Każde rozwiązanie ocenię według moich kryteriów przydatności, o czym już w kolejnej notatce.

Mam nadzieję, że ten blog przysłuży się nie tylko mojej rodzinie, ale też części czytelników. Liczę, że starczy mi też determinacji, aby go prowadzić. Budowę planujemy w okolicach roku 2021, wytrwałość w pisaniu bloga będzie potrzebna.